Żeby docenić to, co się ma (bądź miało) trzeba najpierw to stracić...
Parę miesięcy temu ułożyłam sobie swój własny 'schemat', który pomagał mi w zachowaniu swego rodzaju kontroli nad życiem. Był on co prawda ułomny, ale był. W życiu trzeba mieć jakiś cel i się go trzymać. Wtedy jest prościej radzić sobie z przeciwnościami losu. Tylko co się dzieje, kiedy ten nasz 'cel' okazuje się rozwalać całe nasze życie i wywierać wpływ na każdą jego sferę? Trzeba go zmienić. Trzeba i to jak najszybciej.... Tylko nie raz okazuje się, że na taką zmianę jest już stanowczo za późno...
Wtedy pozostaje nam ratować, to co jeszcze pozostało... Resztki 'normalności' nie zepsutej jeszcze przez nasz 'cel' przesłaniający wszystko... Cel nie może uświęcać wszystkich środków. Musi być zachowany jakioś zdrowy umiar, w przeciwnym razie wszytko zaczyna wymykać się spod kontroli...
Ja dostałam szansę na kolejne, może już naprawdę ostatnie 'przewartościowanie'. Mój 'cel' musiał się usunąć na dalszy plan. Pewnie, cały czas mam go w głowie. Tyle, że dążenie do niego trzeba na jakiś czas odłożyć. Nie mówię, że na zawsze. Nie wiem na ile... Liczę, że uda się wrócić jak najszybciej. Ale wtedy będzie już inaczej. Nie pomimo wszytko. Bo to się nie sprawdza i nigdy się nie sprawdzi. Po prostu nie można mieć ciastka i zjeść ciastka... Proste? No i to jeszcze jak... Tylko dlaczego dopiero teraz jestem w stanie dojść do takich wniosków? Czemu tyle musiało się stać? Pozostaję przy wersji, że tak musiało po prostu być. Żeby docenić to, co się ma trzeba najpierw to stracić... Tyle...
poniedziałek, 23 listopada 2015
niedziela, 22 listopada 2015
Moje tak zwane życie.
Wszystko w życiu jest po coś. Tak mówią. Może i to frazes, ale sprawdza się. Czasami potrzebujemy przysłowiowego 'kopa w dupę' żeby wreszcie wziąć się w garść i zacząć walczyć o samego siebie.
Po ostatnich wydarzeniach w moim życiu doszłam do jednego, bardzo prostego wniosku.. Jestem idiotką.
Poważnie. I mówię to z pełną odpowiedzialnością za moje słowa (dobra, może jestem na silnych lekach, ale słowo, nie są to psychotropy :)).
Całe moje dotychczasowe życie opierało się na na robieniu komuś dobrze. Dosłownie i w przenośni. Na dosłownym znaczeniu nie będę się dzisiaj skupiać, to jest temat na osobnego, obszernego posta.
A w przenośni? To może od początku... Moja mama jest nauczycielką. Pochodzę z małej miejscowości w której jest tylko jedno gimnazjum. Byłam więc skazana na naukę w tejże placówce...
Nauczycielskie dziecko zawsze musi być wzorem. Nie ma miejsca na potknięcie. Moja mama zawsze liczyła się z opinią innych i przeżywała wszystkie złe słowa na mój temat. Przeżywała i wyżywała się na mnie.. Nie mogłam przyjaźnić się z tymi osobami z którymi chciałam, tylko z tymi, które wydawały się dla mamy odpowiednim towarzystwem dla swojej jedynej córki... O facetach już nie wspomnę... Nie mogłam wychodzić wieczorami, bo co ludzie powiedzą... Ciągle tylko nauka i nauka... Uczyłam się dobrze, ale byłam inna od wszystkich. Zdystansowana, zagubiona. Chciałam uciec... Zacząć wszystko od początku i mieć szansą być postrzegana jako JA a nie jako córka mojej mamy... I taką szansę dała mi szkoła średnia.
Zostawiłam wszystko i przeniosłam się do miasta oraz prestiżowej szkoły... I (o ironio!) zamiast wyrwać się ze schematu wbiłam się w jeszcze większy, bardziej toksyczny.... Tutaj, żeby być KIMŚ trzeba było być mądrym, pięknym i bogatym... A ja jako dziewczyna z małej miejscowości czułam się już na starcie przegrana... Zaczęły się imprezy, alkohol, faceci... Chyba trochę za szybko zachłysnęłam się tym dorosłym życiem... Pomimo, że miałam swoją silną grupę znajomych ciągle czułam się tą gorsza i cały czas starałam się udowodnić, że niczym nie odbiegam od swoich rówieśników, a nawet, że jestem od nich lepsza... Skończyło się to tak, że na studniówce moja najlepsza przyjaciółka odbiła mi faceta... Wtedy do mnie dotarło... Muszę im pokazać kto jest najlepszy . Muszę. Mimo wszytko. Wszystkim. Choćbym miała zapłacić za to największą cenę... I zapłaciłam. Najwyższą jaką mogłam...
Zaraz po wynikach matur zawaliło się całe moje życie. Jeden wieczór, jedna impreza, o jeden drink za dużo i jedna noc... Która zmieniła wszystko... I do dnia dzisiejszego odbija się piętnem na całym moim tak zwanym życiu... Chyba każdy domyśla się co wtedy mogło się zdarzyć...
Dla 19 letniej, zwichrowanej nastolatki gwałt nie był niczym strasznym. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Jednak w mojej podświadomości wywołał on takie spustoszenia, że nikomu nie udało się tego posklejać. Czułam się winna. Czułam, że muszę się ukarać. wszystkie relacje z mężczyznami od tego czasu były chore. I nadal takie są. Wspominałam w poprzednim poście, że mam narzeczonego. Jednak mimo to, że go kocham, nie jestem w stanie zbudować prawdziwej, zdrowej relacji między dwojgiem dorosłych ludzi...
Całe 'wydarzenie' z czerwca 2009 r. wywarło również wpływ na moje obecne życie zawodowe. Poszłam w sumie na pierwsze z brzegu studia. Jak mawiają 'na odczepnego'. Tak spędziłam pięć lat na 'nauce' czegoś, co nawet w najmniejszym stopniu mnie nie interesowało. Nic mnie wtedy z reszta nie interesowało poza ogromną chęcią zrobienia na złość samej sobie... I tak mijały lata... Najpierw przestałam jeść, potem zaczęłam palić... Spotykałam się z różnymi facetami... Po co to robiłam? Chciałam się z jednej strony ukarać, z drugiej przestać się zadręczać (przecież w końcu któryś z nich mógł okazać się tym jedynym, no nie?) ...
Do czego mnie to doprowadziło? Pomijając mój obecny, fatalny stan zdrowia zarówno psychicznego jak i fizycznego nie widzę siebie w przyszłości... No dobra. może widzę, ale nie wyobrażam sobie, że będę jeszcze w stanie kiedykolwiek odzyskać spokojne, szczęśliwe i NORMALNE życie...
Muszę dodać jednak, że ostatni mój pobyt w szpitalu trochę mnie otrzeźwił.... Poczułam, że skoro tyle się już wydarzyło, tyle złego mnie spotkało i tyle złego sama sobie wyrządziłam, to nie mogę spieprzyć kolejnej, może już ostatniej szansy... Wiem, że będzie cholernie ciężko... Ale spróbuję. Ostatni raz. Spróbuję poszukać tej nienamacalnej wartości, zwanej przez normalnych ludzi szczęściem.... Życzcie mi powodzenia :)
Po ostatnich wydarzeniach w moim życiu doszłam do jednego, bardzo prostego wniosku.. Jestem idiotką.
Poważnie. I mówię to z pełną odpowiedzialnością za moje słowa (dobra, może jestem na silnych lekach, ale słowo, nie są to psychotropy :)).
Całe moje dotychczasowe życie opierało się na na robieniu komuś dobrze. Dosłownie i w przenośni. Na dosłownym znaczeniu nie będę się dzisiaj skupiać, to jest temat na osobnego, obszernego posta.
A w przenośni? To może od początku... Moja mama jest nauczycielką. Pochodzę z małej miejscowości w której jest tylko jedno gimnazjum. Byłam więc skazana na naukę w tejże placówce...
Nauczycielskie dziecko zawsze musi być wzorem. Nie ma miejsca na potknięcie. Moja mama zawsze liczyła się z opinią innych i przeżywała wszystkie złe słowa na mój temat. Przeżywała i wyżywała się na mnie.. Nie mogłam przyjaźnić się z tymi osobami z którymi chciałam, tylko z tymi, które wydawały się dla mamy odpowiednim towarzystwem dla swojej jedynej córki... O facetach już nie wspomnę... Nie mogłam wychodzić wieczorami, bo co ludzie powiedzą... Ciągle tylko nauka i nauka... Uczyłam się dobrze, ale byłam inna od wszystkich. Zdystansowana, zagubiona. Chciałam uciec... Zacząć wszystko od początku i mieć szansą być postrzegana jako JA a nie jako córka mojej mamy... I taką szansę dała mi szkoła średnia.
Zostawiłam wszystko i przeniosłam się do miasta oraz prestiżowej szkoły... I (o ironio!) zamiast wyrwać się ze schematu wbiłam się w jeszcze większy, bardziej toksyczny.... Tutaj, żeby być KIMŚ trzeba było być mądrym, pięknym i bogatym... A ja jako dziewczyna z małej miejscowości czułam się już na starcie przegrana... Zaczęły się imprezy, alkohol, faceci... Chyba trochę za szybko zachłysnęłam się tym dorosłym życiem... Pomimo, że miałam swoją silną grupę znajomych ciągle czułam się tą gorsza i cały czas starałam się udowodnić, że niczym nie odbiegam od swoich rówieśników, a nawet, że jestem od nich lepsza... Skończyło się to tak, że na studniówce moja najlepsza przyjaciółka odbiła mi faceta... Wtedy do mnie dotarło... Muszę im pokazać kto jest najlepszy . Muszę. Mimo wszytko. Wszystkim. Choćbym miała zapłacić za to największą cenę... I zapłaciłam. Najwyższą jaką mogłam...
Zaraz po wynikach matur zawaliło się całe moje życie. Jeden wieczór, jedna impreza, o jeden drink za dużo i jedna noc... Która zmieniła wszystko... I do dnia dzisiejszego odbija się piętnem na całym moim tak zwanym życiu... Chyba każdy domyśla się co wtedy mogło się zdarzyć...
Dla 19 letniej, zwichrowanej nastolatki gwałt nie był niczym strasznym. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Jednak w mojej podświadomości wywołał on takie spustoszenia, że nikomu nie udało się tego posklejać. Czułam się winna. Czułam, że muszę się ukarać. wszystkie relacje z mężczyznami od tego czasu były chore. I nadal takie są. Wspominałam w poprzednim poście, że mam narzeczonego. Jednak mimo to, że go kocham, nie jestem w stanie zbudować prawdziwej, zdrowej relacji między dwojgiem dorosłych ludzi...
Całe 'wydarzenie' z czerwca 2009 r. wywarło również wpływ na moje obecne życie zawodowe. Poszłam w sumie na pierwsze z brzegu studia. Jak mawiają 'na odczepnego'. Tak spędziłam pięć lat na 'nauce' czegoś, co nawet w najmniejszym stopniu mnie nie interesowało. Nic mnie wtedy z reszta nie interesowało poza ogromną chęcią zrobienia na złość samej sobie... I tak mijały lata... Najpierw przestałam jeść, potem zaczęłam palić... Spotykałam się z różnymi facetami... Po co to robiłam? Chciałam się z jednej strony ukarać, z drugiej przestać się zadręczać (przecież w końcu któryś z nich mógł okazać się tym jedynym, no nie?) ...
Do czego mnie to doprowadziło? Pomijając mój obecny, fatalny stan zdrowia zarówno psychicznego jak i fizycznego nie widzę siebie w przyszłości... No dobra. może widzę, ale nie wyobrażam sobie, że będę jeszcze w stanie kiedykolwiek odzyskać spokojne, szczęśliwe i NORMALNE życie...
Muszę dodać jednak, że ostatni mój pobyt w szpitalu trochę mnie otrzeźwił.... Poczułam, że skoro tyle się już wydarzyło, tyle złego mnie spotkało i tyle złego sama sobie wyrządziłam, to nie mogę spieprzyć kolejnej, może już ostatniej szansy... Wiem, że będzie cholernie ciężko... Ale spróbuję. Ostatni raz. Spróbuję poszukać tej nienamacalnej wartości, zwanej przez normalnych ludzi szczęściem.... Życzcie mi powodzenia :)
poniedziałek, 16 listopada 2015
W pogoni za normalnością.
'Normalność'... W ogóle co to za słowo? Jak dla mnie jest niedefiniowalne... Dla każdego człowieka bycie 'normalnym' oznacza coś innego. Jak dla mnie jest to swego rodzaju 'umiejętność' wpasowania sie w schemat. Ten schemat to życie jakie prowadzi większości ludzi.
Moja znajoma ma dwójkę dzieci. Pracuje po 8 godzin, na rano lub na popołudniu. Musi wszystko tak sobie poustawiać, żeby ogarnąć wszytko, dzieci nakarmić, męża zadowolić w domu posprzątać no i oczywiście iść do pracy... Każdy wie o co chodzi. I właśnie w ten sposób funkcjonuje większość ludzi.
A co jest w tym wszystkim jak dla mnie najśmieszniejsze? To, że ci właśnie ludzie są szczęśliwi... Nie mam pojęcia jak oni to robią. Strasznie im zazdroszczę. Byłoby to dla mnie niczym spełnienie marzeń. Bycie takim normalnym, szarym, zwykłym zjadaczem chleba. Po prostu bajka. Jeśli chodzi o mnie to chyba nie ma rzeczy która tak naprawdę sprawia mi radość czy daje satysfakcje. Żyje tak sobie z dnia na dzień i czekam co przyniesie los. Są chwile, kiedy naprawdę mam już dosyć. I wydaje mi się, poskreślam, wydaje mi się, że nie chcę już żyć. Bo kiedy usłyszałam diagnozę lekarza: pani stan można określić jako zagrażający życiu, wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. Zapomniałam o swoich problemach natury psychicznej i ogarnęła mnie taka silna chęć ratowania samej siebie... Pomyślałam: a co jakby to miało się wszystko nagle skończyć?
Wtedy drugi głos- ten z mojej zepsutej psychiki zawołał: dziewczyno, przecież zawsze chciałaś, żebyś mogła zniknąć, a teraz się boisz?
Tak, bałam się. Sama nie wiedziałam do końca czy bardziej boję się pobytu w szpitalu czy samej diagnozy czy 'o ironio!' zupełnego odcięcia się od swojego anty- normalnego życia...
Obiecałam paru osobom i samej sobie, że jak tym razem z tego wyjdę to już nie będę sama sobie szkodzić, nie będę sama siebie powoli, z dnia na dzień zabijać. Żeby docenić to co się ma trzeba stanąć nad przysłowiową przepaścią. Pomyślałam o ludziach, którzy mnie otaczają... Nie chcę ich stracić nie chcę od nich odchodzić... No i przecież skoro oni są dziś tutaj ze mną to naprawdę mnie kochają i gdy odejdę będzie to dla nich straszny cios. Dobra, wyliżę się, jak zawsze. I postaram się nie niszczyć sobie życia, tylko robić wszystko, żeby nauczyć się tej mojej wymarzonej normalności... Ciekawe co z tego wyjdzie... Znając mnie i moje podejście to nic. Taka już jestem. Po prostu: amoralna i anormalna. Ot, cała ja...
Moja znajoma ma dwójkę dzieci. Pracuje po 8 godzin, na rano lub na popołudniu. Musi wszystko tak sobie poustawiać, żeby ogarnąć wszytko, dzieci nakarmić, męża zadowolić w domu posprzątać no i oczywiście iść do pracy... Każdy wie o co chodzi. I właśnie w ten sposób funkcjonuje większość ludzi.
A co jest w tym wszystkim jak dla mnie najśmieszniejsze? To, że ci właśnie ludzie są szczęśliwi... Nie mam pojęcia jak oni to robią. Strasznie im zazdroszczę. Byłoby to dla mnie niczym spełnienie marzeń. Bycie takim normalnym, szarym, zwykłym zjadaczem chleba. Po prostu bajka. Jeśli chodzi o mnie to chyba nie ma rzeczy która tak naprawdę sprawia mi radość czy daje satysfakcje. Żyje tak sobie z dnia na dzień i czekam co przyniesie los. Są chwile, kiedy naprawdę mam już dosyć. I wydaje mi się, poskreślam, wydaje mi się, że nie chcę już żyć. Bo kiedy usłyszałam diagnozę lekarza: pani stan można określić jako zagrażający życiu, wszystko zaczęło wyglądać zupełnie inaczej. Zapomniałam o swoich problemach natury psychicznej i ogarnęła mnie taka silna chęć ratowania samej siebie... Pomyślałam: a co jakby to miało się wszystko nagle skończyć?
Wtedy drugi głos- ten z mojej zepsutej psychiki zawołał: dziewczyno, przecież zawsze chciałaś, żebyś mogła zniknąć, a teraz się boisz?
Tak, bałam się. Sama nie wiedziałam do końca czy bardziej boję się pobytu w szpitalu czy samej diagnozy czy 'o ironio!' zupełnego odcięcia się od swojego anty- normalnego życia...
Obiecałam paru osobom i samej sobie, że jak tym razem z tego wyjdę to już nie będę sama sobie szkodzić, nie będę sama siebie powoli, z dnia na dzień zabijać. Żeby docenić to co się ma trzeba stanąć nad przysłowiową przepaścią. Pomyślałam o ludziach, którzy mnie otaczają... Nie chcę ich stracić nie chcę od nich odchodzić... No i przecież skoro oni są dziś tutaj ze mną to naprawdę mnie kochają i gdy odejdę będzie to dla nich straszny cios. Dobra, wyliżę się, jak zawsze. I postaram się nie niszczyć sobie życia, tylko robić wszystko, żeby nauczyć się tej mojej wymarzonej normalności... Ciekawe co z tego wyjdzie... Znając mnie i moje podejście to nic. Taka już jestem. Po prostu: amoralna i anormalna. Ot, cała ja...
Ten moment, ta chwila....
Nie mam zamiaru zaczynać jakimś typowym wstępem, czy tłumaczyć się dlaczego zaczynam pisać.
Przejdę od razu do rzeczy.
Od paru lat moje życie to jedna wielka walka. Walka z samą sobą. Walka o to, by się przystosować, zacząć żyć tak jak inni ludzie, NORMALNIE.
Jeszcze parę lat temu byłam dziewczyną jak wiele innych, miałam marzenia, plany, potrafiłam wyciągnąć jakiś pozytywny akcent z każdej porażki.
Wiecie czego teraz pragnę? Chciałabym przestać wreszcie się obwiniać, karać za wszystko co mnie w życiu spotkało. Chciałabym poczuć szczęście, które parę lat temu sama sobie odebrałam...
No i widzicie? Już sama zaczynam wychwytywać moje ciągłe obwinianie się. To jest silniejsze ode mnie.
Moje- tak zwane- życie każdej osobie postronnej będzie wydawać się normalne. Mam narzeczonego (jeszcze), pracę (choć jest to trudny temat), rodzinę (też nie łatwy), mam gdzie mieszkać (teoretycznie) w co się ubrać (jeszcze), mam znajomych ( też trudny temat). Reasumując jestem normalną kobietą, która żyje tak jak każdy normalny człowiek...
Na szczęście osoby postronne nie mogą wejść mi do głowy i zobaczyć co tam się dzieje... Widzą to co widoczne dla oczu. Nie widzą strachu, wątpliwości...
Gdy walczysz z samym sobą porażka jest gwarantowana. Bo zawsze przegrywasz ty...
No dobra. Dziś wcale nie jest taki normalny dzień. I wcale nie tak po prostu poczułam nieodpartą chęć podzielenia się swoimi odczuciami i przeżyciami z innymi, obcymi dla mnie ludźmi...
Dziś jest swego rodzaju moment zwrotny w moim życiu ( bywało co prawda już ich wcześniej więcej, ale żaden nie był tak spektakularny jak ten...).
Leżę w łóżku. Nie jestem w stanie nic robić, nie mogę pójść do pracy, spotkać się z narzeczonym...
Od sześciu lat robię sobie na złość. Nie lubię samej siebie. Czasem nienawidzę.
Stąd ta walka. Byłam skazana na porażkę, wiedziałam o tym nie chciałam sobie pomóc i mam za swoje....
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)