Wszystko w życiu jest po coś. Tak mówią. Może i to frazes, ale sprawdza się. Czasami potrzebujemy przysłowiowego 'kopa w dupę' żeby wreszcie wziąć się w garść i zacząć walczyć o samego siebie.
Po ostatnich wydarzeniach w moim życiu doszłam do jednego, bardzo prostego wniosku.. Jestem idiotką.
Poważnie. I mówię to z pełną odpowiedzialnością za moje słowa (dobra, może jestem na silnych lekach, ale słowo, nie są to psychotropy :)).
Całe moje dotychczasowe życie opierało się na na robieniu komuś dobrze. Dosłownie i w przenośni. Na dosłownym znaczeniu nie będę się dzisiaj skupiać, to jest temat na osobnego, obszernego posta.
A w przenośni? To może od początku... Moja mama jest nauczycielką. Pochodzę z małej miejscowości w której jest tylko jedno gimnazjum. Byłam więc skazana na naukę w tejże placówce...
Nauczycielskie dziecko zawsze musi być wzorem. Nie ma miejsca na potknięcie. Moja mama zawsze liczyła się z opinią innych i przeżywała wszystkie złe słowa na mój temat. Przeżywała i wyżywała się na mnie.. Nie mogłam przyjaźnić się z tymi osobami z którymi chciałam, tylko z tymi, które wydawały się dla mamy odpowiednim towarzystwem dla swojej jedynej córki... O facetach już nie wspomnę... Nie mogłam wychodzić wieczorami, bo co ludzie powiedzą... Ciągle tylko nauka i nauka... Uczyłam się dobrze, ale byłam inna od wszystkich. Zdystansowana, zagubiona. Chciałam uciec... Zacząć wszystko od początku i mieć szansą być postrzegana jako JA a nie jako córka mojej mamy... I taką szansę dała mi szkoła średnia.
Zostawiłam wszystko i przeniosłam się do miasta oraz prestiżowej szkoły... I (o ironio!) zamiast wyrwać się ze schematu wbiłam się w jeszcze większy, bardziej toksyczny.... Tutaj, żeby być KIMŚ trzeba było być mądrym, pięknym i bogatym... A ja jako dziewczyna z małej miejscowości czułam się już na starcie przegrana... Zaczęły się imprezy, alkohol, faceci... Chyba trochę za szybko zachłysnęłam się tym dorosłym życiem... Pomimo, że miałam swoją silną grupę znajomych ciągle czułam się tą gorsza i cały czas starałam się udowodnić, że niczym nie odbiegam od swoich rówieśników, a nawet, że jestem od nich lepsza... Skończyło się to tak, że na studniówce moja najlepsza przyjaciółka odbiła mi faceta... Wtedy do mnie dotarło... Muszę im pokazać kto jest najlepszy . Muszę. Mimo wszytko. Wszystkim. Choćbym miała zapłacić za to największą cenę... I zapłaciłam. Najwyższą jaką mogłam...
Zaraz po wynikach matur zawaliło się całe moje życie. Jeden wieczór, jedna impreza, o jeden drink za dużo i jedna noc... Która zmieniła wszystko... I do dnia dzisiejszego odbija się piętnem na całym moim tak zwanym życiu... Chyba każdy domyśla się co wtedy mogło się zdarzyć...
Dla 19 letniej, zwichrowanej nastolatki gwałt nie był niczym strasznym. Tak mi się przynajmniej wtedy wydawało. Jednak w mojej podświadomości wywołał on takie spustoszenia, że nikomu nie udało się tego posklejać. Czułam się winna. Czułam, że muszę się ukarać. wszystkie relacje z mężczyznami od tego czasu były chore. I nadal takie są. Wspominałam w poprzednim poście, że mam narzeczonego. Jednak mimo to, że go kocham, nie jestem w stanie zbudować prawdziwej, zdrowej relacji między dwojgiem dorosłych ludzi...
Całe 'wydarzenie' z czerwca 2009 r. wywarło również wpływ na moje obecne życie zawodowe. Poszłam w sumie na pierwsze z brzegu studia. Jak mawiają 'na odczepnego'. Tak spędziłam pięć lat na 'nauce' czegoś, co nawet w najmniejszym stopniu mnie nie interesowało. Nic mnie wtedy z reszta nie interesowało poza ogromną chęcią zrobienia na złość samej sobie... I tak mijały lata... Najpierw przestałam jeść, potem zaczęłam palić... Spotykałam się z różnymi facetami... Po co to robiłam? Chciałam się z jednej strony ukarać, z drugiej przestać się zadręczać (przecież w końcu któryś z nich mógł okazać się tym jedynym, no nie?) ...
Do czego mnie to doprowadziło? Pomijając mój obecny, fatalny stan zdrowia zarówno psychicznego jak i fizycznego nie widzę siebie w przyszłości... No dobra. może widzę, ale nie wyobrażam sobie, że będę jeszcze w stanie kiedykolwiek odzyskać spokojne, szczęśliwe i NORMALNE życie...
Muszę dodać jednak, że ostatni mój pobyt w szpitalu trochę mnie otrzeźwił.... Poczułam, że skoro tyle się już wydarzyło, tyle złego mnie spotkało i tyle złego sama sobie wyrządziłam, to nie mogę spieprzyć kolejnej, może już ostatniej szansy... Wiem, że będzie cholernie ciężko... Ale spróbuję. Ostatni raz. Spróbuję poszukać tej nienamacalnej wartości, zwanej przez normalnych ludzi szczęściem.... Życzcie mi powodzenia :)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz