poniedziałek, 16 listopada 2015

Ten moment, ta chwila....


  Nie mam zamiaru zaczynać jakimś typowym wstępem, czy tłumaczyć się dlaczego zaczynam pisać.
Przejdę od razu do rzeczy.
Od paru lat moje życie to jedna wielka walka. Walka z samą sobą. Walka o to, by się przystosować, zacząć żyć tak jak inni ludzie, NORMALNIE.
Jeszcze parę lat temu byłam dziewczyną jak wiele innych, miałam marzenia, plany, potrafiłam wyciągnąć jakiś pozytywny akcent z każdej porażki.
Wiecie czego teraz pragnę? Chciałabym przestać wreszcie się obwiniać, karać za wszystko co mnie w życiu spotkało. Chciałabym poczuć szczęście, które parę lat temu sama sobie odebrałam...
No i widzicie? Już sama zaczynam wychwytywać moje ciągłe obwinianie się. To jest silniejsze ode mnie.
 Moje- tak zwane- życie każdej osobie postronnej będzie wydawać się normalne. Mam narzeczonego (jeszcze), pracę (choć jest to trudny temat), rodzinę (też nie łatwy), mam gdzie mieszkać (teoretycznie) w co się ubrać (jeszcze), mam znajomych ( też trudny temat). Reasumując jestem normalną kobietą, która żyje tak jak każdy normalny człowiek...
Na szczęście osoby postronne nie mogą wejść mi do głowy i zobaczyć co tam się dzieje... Widzą to co widoczne dla oczu. Nie widzą strachu, wątpliwości...
Gdy walczysz z samym sobą porażka jest gwarantowana. Bo zawsze przegrywasz ty...
 No dobra. Dziś wcale nie jest taki normalny dzień. I wcale nie tak po prostu poczułam nieodpartą chęć podzielenia się swoimi odczuciami i przeżyciami z innymi, obcymi dla mnie ludźmi...
Dziś jest swego rodzaju moment zwrotny w moim życiu ( bywało co prawda już ich wcześniej więcej, ale żaden nie był tak spektakularny jak ten...).
Leżę w łóżku. Nie jestem w stanie nic robić, nie mogę pójść do pracy, spotkać się z narzeczonym...
Od sześciu lat robię sobie na złość. Nie lubię samej siebie. Czasem nienawidzę.
Stąd ta walka. Byłam skazana na porażkę, wiedziałam o tym nie chciałam sobie pomóc i mam za swoje....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz